Przejdź do treści

Rowerowa Strona Spartan

Krym 2002

Petersburg 2001

Lwów 2000

Rzym 1999

Suwałki 1998

Bałtyk 1997

Zakopane 1996

Raport z rajdu do Lwowa (3/11)

Elżbieta Łysek i Sabrina Nowak



Nawiasem mówiąc, to jesteśmy dobrze zorganizowani, skoro kierowca nie zna nawet numeru telefonu, jedynego z nami kontaktu. My natomiast zaczęliśmy błądzić po mieście. Sabrina miała mało przyjemny wypadek, po tym jak jedna z dziewczyn z Pasłęka wyprzedzała ją z prawej strony. Była dość mocno obtarta, ale musieliśmy ruszać w dalszą drogę, aby szukać noclegu. Zatrzymaliśmy się przy budce telefonicznej, gdzie Ekspres (co byśmy bez niego zrobili?) dorwał jakiegoś przerażonego Czecha, próbując mu wytłumaczyć, że potrzebujemy jego pomocy by znaleźć Salezjan. Ludzie naprawdę rzadko wiedzą o kogo chodzi. W końcu jednak zadzwonił ów Czech na informację, a później do kościoła. Właściwie oddał nam ogromną przysługę, gdyż nie musieliśmy już błądzić po Pradze. Wcześniej Padre upierał się, by jechać do centrum i tam zacząć poszukiwania. Całe szczęście, że tego nie zrobiliśmy, ponieważ do centrum był spory kawałek, a my byliśmy niedaleko noclegu (nie było by problemu, gdyby ksiądz miał adres przy sobie, a nie w samochodzie z którym nie mieliśmy kontaktu).Dzięki pomocy uprzejmego Czecha bez większych problemów znaleźliśmy nasz nocleg. Podczas gdy Padre rozmawiał z miejscowym księdzem podeszła do nas pani z pieskiem, do którego były przeróżne komentarze, zaczynając od jego przydatności do spożycia, kończąc na tym, że nie chce do nas podejść ze względu na nasz zapach (mógłby się otruć). Także zdecydowanie preferował chłopców. Właściwie kolacji było brak, nie licząc kilkudziesięciu kromek, ale co to jest dla nas? Mieliśmy natomiast prysznic, to nic, że z zimną wodą. Nam to już nie przeszkadza, można przyzwyczaić się i do tego. Wieczór spędziłyśmy w pokoju chłopców, mimo że część z nich postanowiła iść wcześniej spać. Mogliśmy wysłuchiwać ich "rozmów", kiedy chrapali na wiele głosów. Agnieszka miała niesamowitą przyjemność i zaszczyt, ponieważ Wojtek robił jej masaż. Ona natomiast odwdzięczyła mu się tym, że uczyła go zakładać gumkę na włosy, co brzmiało dość komicznie. I tak się zaczął jeden z romansów na tym rajdzie. Spać położyliśmy się dość późno, bo około 3 lub 4 nad ranem..

02.08.2000 Praga O bardzo wczesnej godzinie, tj. 7:40 wpadła do naszego pokoju Intencja oznajmiając radosnym głosem, że trzeba założyć koszulki z rękawkami, w przeciwnym razie nie będziemy mogły oglądać kościołów Pragi. Po pierwsze nie wpuszczą nas, a po drugie to nie wypada. Powtórzyła to chyba z trzy razy, mimo to nie zdołała nas obudzić do końca, a z pewnością jej radosny nastrój nie wpłynął na nas zbyt budująco, zważywszy, że byłyśmy mało wyspane. Ciekawe dlaczego? Po mszy zwiedzaliśmy zadziwiające wprost muzeum piwa, tym bardziej, że mieściło się ono przecież na plebani. Zbiory były jednak imponujące, między innymi z tak egzotycznych krajów jak Egipt. Po wstępnych przygotowaniach udało nam się w końcu wyjść, jak zwykle bardzo wcześnie, czyli około 11 (to chyba nasza ulubiona godzina). Zwiedzanie rozpoczęliśmy od słynnego Mostu Karola, o którym wiadomości dostarczał nam wszystkowiedzący Ekspres (czytający z przewodnika). Stanowczo zawsze musimy być zauważeni - tak było i tym razem, gdy postanowiliśmy zrobić sobie grupowe zdjęcie na moście, blokując niemalże przejście i wręczając kilkadziesiąt aparatów Lechowi, który tym samym stał się atrakcją turystyczną. Ech, ci turyści, wszystkiemu muszą robić zdjęcia! Następnie "nasz przewodnik" zaprowadził nas na Hradczany. Przed pałacem mogliśmy podenerwować strażników, a później oblegać fontannę. Woda pomaga w przetrwaniu upału, więc wszyscy byli dość mocno mokrzy. Tylko część z nas zdecydowała się na bardziej dogłębne zwiedzanie. W czasie powrotu znów wynikło małe zamieszanie, gdyż po drodze zginął nam Boreal i Pasłęki (trzy dziewoje pochodzące z warmińskiej osady Pasłęk - czyli Marta Sylwia i Ola), których zdenerwowany Padre dosłownie pobiegł szukać, a my przeszliśmy na Most Karola, gdzie odnalazł się Boreal, ale za to zginął Padre. Po marudzeniu i małym zamieszaniu wszyscy rozeszliśmy się, by na własną rękę szukać obiadu i zwiedzać. Obowiązkowo zakupiliśmy kartki i znaczna grupa "starszyzny" przebiegła się na dworzec kolejowy, gdyż Michał opuszczał nasze szacowne towarzystwo, by poćwiczyć swoje bicepsy na spływie kajakowym (cóż za zdrada!) i chciał sprawdzić, kiedy ma pociąg. Trzeba przyznać, że dworcowy bar dostarczył nam dość ciekawych wrażeń smakowych w postaci sera smażonego. Miejscowy bywalec gorąco polecał nam odmianę tej potrawy noszącą nazwę hermelin. Trzeba przyznać, że bardzo nam smakował. Na pewno jednak stworzyliśmy sztuczny tłum w niewielkim i dość mało przyjemnym lokalu.